|
Rozmowa z Lidią Geringer de Oedenberg, Posłem do Parlamentu Europejskiego, wiceprzewodniczącą Komisji Prawnej, autorką opinii prawnej dot. EIT - Skąd się wzięła się idea utworzenia EIT? - Pomysł dotyczący ustanowienia EIT Komisja Europejska wysunęła po raz pierwszy wiosną 2005 r. w sprawozdaniu dotyczącym śródokresowego przeglądu strategii lizbońskiej. Po pięciu latach głównie “mówienia” o ściganiu się ze Stanami Zjednoczonymi oraz budowie europejskiej gospodarki opartej na wiedzy nadszedł czas na działania. Szef Komisji Europejskiej José Manuel Durão Barroso, widząc potrzebę wypełnienia luki pomiędzy europejskim szkolnictwem wyższym, badaniami naukowymi oraz innowacjami, wzorując się na Massachusetts Institute of Technology (MIT), zaproponował stworzenie Europejskiego Instytutu Technologii - nowej jednostki naukowej, grupującej najlepszych europejskich, a może i światowych naukowców. Skoro Amerykanie mają swój pełen noblistów MIT (założony w 1861 r.), będą i Europejczycy mieli swój EIT, co więcej będziemy z nimi konkurować!
- Parlament Europejski nie był entuzjastycznie nastawiony do powstania EIT. Istniało ryzyko, że Instytut w ogóle nie powstanie. Dlaczego? - Pomysł utworzenia nowej uczelni przede wszystkim zupełnie nie przypadł do gustu środowiskom naukowym “bogatszej w osiągnięcia” części Europy (zrzeszonym np. w Stowarzyszeniu Europejskich Uniwersytetów - EUA), które pierwotny projekt już na etapie konsultacji storpedowały, widząc w nim konkurencję zarówno do unijnych pieniędzy jak i zagrożenie spowodowane odpływem do EIT najlepszej własnej kadry naukowej. Argumentowano, że Unia Europejska ma już wspólne centrum badawcze, ma wspólną Radę Badań, do tego ma Programy ramowe w dziedzinie badań i rozwoju technologicznego (obecnie 7 PR na lata 2007-2013), ma program na rzecz konkurencyjności i innowacji. Argumentowano, że to wystarczy, po co zatem powoływać kolejny twór, który i tak nie stanie się instytucją oświatową, bowiem zgodnie z art. 49 Traktatu WE - edukacja leży w kompetencjach państw członkowskich. Środowiska akademickie i naukowe w nowych krajach członkowskich Unii dostrzegły jednak głównie zalety projektu, szczególnie szansę bezpośredniej współpracy własnych instytucji edukacyjnych i naukowych z najnowocześniejszymi jednostkami europejskimi oraz biznesem europejskim. - Instytut zatem powstanie, ale w zupełnie innej formie... -EIT nie będzie, jak pierwotnie planowano, jednym silnym ośrodkiem naukowym wzorowanym na osławionym MIT, z przysłowiowymi noblistami pracującymi pod jednym dachem dla rozwoju Europy. Determinacja Komisarza Barosso, który traktuje EIT ambicjonalnie jako własny pomysł spowodowała, że projektu całkowicie nie odrzucono. Zgodnie z wolą Parlamentu Europejskiego i Rady, Instytut powstanie, ale w wersji bardzo zmodyfikowanej: nie będzie uczelnią, nie będzie nadawać stopni naukowych, nie będzie finansowany w całości przez Unię. Będzie natomiast siecią współpracujących ze sobą wspólnot wiedzy i innowacji (WWI), złożonych z istniejących już ośrodków akademickich, badawczych oraz przedsiębiorstw pracujących nad wspólnymi projektami. Będzie mieć 21- osobową Radę zarządzającą na razie dwoma lub trzema WWI, będzie też miał zmienioną nazwę na Europejski Instytut Innowacji i Technologii. Powodem tak znacznych zmian w stosunku do pierwotnego pomysłu był także brak zagwarantowanych unijnych pieniędzy na ten cel. Komisarz Barosso wymyślił Instytut za późno! Gdyby idea EIT pojawiła się przed zatwierdzeniem budżetu na lata 2007-2013, wtedy projekt miałby odpowiednią linię budżetową i zagwarantowane finansowanie na siedem lat. - Jako jedyna z Polski brała Pani bezpośredni udział w przygotowaniu ostatecznego dokumentu opracowanego przez Parlament Europejski dotyczącego powstania Europejskiego Instytutu Technologicznego (EIT). Na czym polegała Pani praca? - Starałam się wraz z innymi posłami z nowych krajów członkowskich ocalić jak najwięcej z pierwotnego pomysłu. Istniało ryzyko, że Instytut w ogóle nie powstanie lub zostanie powołany jako zaledwie kilkuletni projekt pilotażowy. Zapewnienie właściwej podstawy prawnej i w konsekwencji umożliwienie stałego finansowania Instytutu było moim priorytetem jako sprawozdawcy komisji opiniodawczej z ramienia Komisji Prawnej. Udało przeforsować przyznanie Instytutowi formy i struktury tzw. agencji zdecentralizowanej, a w ślad za tym znaleźć fundusze gwarantujące Instytutowi 309 milionów euro do 2013 r. Pierwsze 3 mln euro na Instytut są już w budżecie na 2008 r. - Kiedy zapadną konkretne decyzje dotyczące umiejscowienia Rady Zarządzającej Instytutem i WWI? - Parlament przedstawił swoje stanowisko Radzie i to do niej należy teraz kolejny ruch. Na pewno nie obędzie się bez dodatkowych negocjacji dotyczących możliwości wydatkowania przez państwa członkowskie na Instytut środków strukturalnych i przeznaczonych na badania - z puli już im przyznanej wcześniej na rozwój regionalny. Do pokrycia brakującej części budżetu EIT brakuje ponad 2 mld euro! Skąd mają się wziąć brakujące środki? Na razie stwierdzono, że „zostaną pozyskane dzięki przeglądowi perspektywy finansowej i wykorzystaniu instrumentu elastyczności”, co oznacza też, że jeśli kraje nie będą dobrze wykorzystywać już przyznanych im funduszy, to co zostanie - sfinansuje EIT. Swoją drogą, jeśli nie poprawimy absorpcji przyznanych Polsce środków możemy niechcący stać się jego „głównym fundatorem". EIT jest jednym z priorytetów obecnej prezydencji słoweńskiej, w najbliższym półroczu zapadną kluczowe decyzje dotyczące umiejscowienia Rady Zarządzającej i dwóch do trzech WWI biorących udział w projekcie. Kandydatów, którzy obecnie oficjalnie zabiegają o EIT jest siedmiu: Budapeszt, Wiedeń, Wrocław, Aachen, Monachium, Norymberga, Sant Cugat-Barcelona. - Jakie warunki musi spełnić Wrocław, by wygrać rywalizację z pozostałymi sześcioma miastami? - Wśród kryteriów wyboru dla WWI wymienia się „położenie w pobliżu istniejących wybitnych ośrodków europejskich o wysokiej reputacji akademickiej, tak aby jak najlepiej wykorzystać istniejącą już strukturę”. Komisja Europejska podkreślała też wielokrotnie, że brane pod uwagę ośrodki badawcze będą oceniane pod względem tzw. zasady doskonałości, w której m.in. rozpatruje się dotychczasowe osiągnięcia naukowo-badawcze m. in. poprzez liczbę laureatów prestiżowych nagród i wyróżnień (np. noblistów pochodzących z tamtejszych uczelni). Decyzja dotycząca siedziby Rady Zarządzającej będzie natomiast decyzją stricte polityczną. - Jak ocenia Pani szanse Wrocławia w walce o Instytut? - Każdy kraj członkowski zabiega, aby mieć u siebie siedzibę instytucji lub agendy europejskiej. Nie wszystkim nowym członkom już się to udało, Polska otrzymała już FRONTEX i to może to być "techniczną” przeszkodą, bo Instytut jest traktowany jako kolejna agencja. Mówi się, że z pewnością jedna ze struktur EIT powinna się znaleźć w nowym kraju członkowskim, co jest ważne szczególnie dla środowiska naukowego tej części zjednoczonej Europy, w którym tkwi ogromny, niewykorzystany dotąd potencjał. Poza nami wykorzystują ten argument także Słowacy, Czesi i Węgrzy. Kto będzie bardziej przekonujący, kto chętniej pomoże w poszukiwaniach brakujących na EIT funduszy i np. dołoży „własne pieniądze europejskie” do wspólnej inicjatywy? Walka o EIT nie jest ani trochę „konkursem piękności” jak to miało miejsce przy EXPO. To gra dyplomatyczna, gdzie coś trzeba oddać, by coś ugrać. Myślę, że przed podpisaniem Traktatu Lizbońskiego mogliśmy wiele w tym względzie zyskać, np. „bez walki” oddaliśmy aż trzy miejsca w Parlamencie Europejskim następnej kadencji. Szanse ich utrzymania były małe, ale gdybyśmy je „przehandlowali” za Instytut to byłoby warto. Jak dotąd polskie zabiegi nie są na tyle przekonujące, by zostać zauważone i poważnie potraktowane przez innych, a teraz toczą się najważniejsze rozmowy. Instytut pojawił się w expose premiera, ale dalej nie ma silnie umocowanego szefa d/s EIT w osobie np. pełnomocnika rządu. Działania nawet jeśli są, to rozproszone i słabe. Tylko wielopłaszczyznowe zabiegi polskiego rządu pomogą przekonać pozostałe kraje do poparcia naszych starań. Szanse będziemy mieli tym większe im zdolniejszych wystawimy negocjatorów i dyplomatów. Po dwóch latach europejskich wpadek i zachowań typu “”słoń w składzie porcelany” czas pokazać, że jeszcze ich mamy. |